Filmy krótkometrażowe, czyli krótko i na temat

cropped-klatka

Filmy krótkometrażowe, zwane też krótkometrażówkami, nie są zbyt powszechne. A szkoda. Warto zwrócić na nie uwagę, gdy szukamy kina oryginalnego, a co ważniejsze – z przekazem.

Z pewnością dobrze byłoby zdefiniować jakoś krótkometrażówki, by wiedzieć, o czym w ogóle tutaj się mówi. Wikipedia określa czas trwania takich filmów na nie więcej niż godzinę. Tyle nam do szczęścia i zrozumienia tematu wystarczy.

Gdy myślimy o filmach krótkometrażowych zazwyczaj przychodzą nam do głowy skojarzenia z czymś absolutnie niszowym i w gruncie rzeczy nieciekawym. W rzeczywistości światek krótkometrażówek można porównać do wielkiego świata filmów pełnometrażowych. Z tym, że te dwie grupy różnią się od siebie w sposób oczywisty. I nie tylko o samą długość tutaj chodzi.

Po pierwsze, ze względu na ograniczony czas, w filmach krótkometrażowych pojawia się jeden wątek i wokół niego skupia się fabuła. To pozwala twórcom zwrócić uwagę widza na pewien problem, który, gdyby został przedstawiony w „większym” filmie nie byłby aż tak widoczny, ponadto tak interesujący. Przykładem może być choćby „The Smile Man” (z rewelacyjnym i trochę przerażającym Willem Dafoe, swoją drogą świetny przykład na to, że znani i utalentowani aktorzy nie uciekają od krótszych form), opowiadający historię o mężczyźnie, który w wypadku ma uszkodzony kręgosłup. Na szczęście żyje, może chodzić, biegać, normalnie funkcjonować. Jest tylko jeden mały problem. W wyniku urazu Willem wciąż ma na twarzy upiorny uśmiech. Choć bardziej nazwałabym to szczękościskiem. Pomieszanie komedii z dramatem. Kogo nie znudziłaby taka historia, gdyby ciągnęła się przez, powiedzmy, półtorej godziny? Żeby uniknąć spłycenia treści, reżyser (Anton Lanshakov) uciekł się do formy krótkiej i stworzył ciekawą i wzruszającą historyjkę, opowiedzianą w jakieś 9 minut.

Po drugie, krótkometrażówki sprawdzają się rewelacyjnie, kiedy liczy się prostota. Prostota przekazu, fabuły. Tutaj przywołałabym mistrza Kieślowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów (choć przedstawiać go raczej nie trzeba). Miał on niezwykły dar wyciągania z ludzi „drugiego dna”, przedstawienia ich w sposób prosty a zarazem niezwykły. Ważne są tutaj dwa tytuły dokumentalne. Mianowicie „Gadające głowy” oraz „Byłem żołnierzem”. Pierwsza pozycja to swoista ankieta prowadzona wśród ludzi w różnym wieku, poczynając od niemowlaka, a kończąc na staruszkach w bardzo podeszłych latach. O co pyta? O rzeczy z pozoru banalne. Co jest ważne w życiu? Co chce robić w przyszłości? A jednak przez czternaście minut Kieślowski zawarł tak wiele, wiele treści. Zwrócił uwagę na problemy natury egzystencjalnej z właściwą sobie zręcznością. Nie użyczy się tutaj patosu. Druga pozycja, czyli „Byłem żołnierzem” ma formę wywiadu. Kieślowski pozwala mówić właśnie byłym żołnierzom, tym, co walczyli w najstraszniejszej z wojen. Proste opowieści, nieskomplikowane wyrażenia, potoczny język (kurde mola!), krótkie, urywane zdania. Trochę skarg, trochę wspomnień. Kilkanaście minut wielkiego manifestu przeciwko wojnie, na której cierpią ludzie. Prości ludzie. Oba te filmy są pozycjami obowiązkowymi dla każdego, kto to czyta! I niech zachęcą do dalszego odkrywania dorobku mistrza.

W podobnym tonie utrzymany jest film „Wszystko może się przytrafić” Marcela Łozińskiego. Jego synek, Tomek, podchodzi do ludzi w parku. I rozmawia. To niezwykłe, jak ludzie potrafią opowiadać, jeśli tylko się postaramy się ich słuchać. Starsi udzielają rad, czasami płaczą, wspominają. To postawa tak kontrastowa z dziecinną naiwnością. Warto obejrzeć. A co ważniejsze- posłuchać. Z kategorii dokumentu polecam jeszcze „Dzieci z Leningradzkiego” czy choćby „Z punktu widzenia nocnego portiera”.

Ale nie samymi dokumentami żyje człowiek. Filmy krótkometrażowe to także świetne wyjście dla tych, którzy chcą wyżyć się w animacji. Wspomnijmy choćby o naszym twórcy z polskiego podwórka, Tomku Bagińskim. Jest on kojarzony głównie z „Animowaną historią Polski”, może też z „Katedrą” (inspirowaną twórczością Beksińskiego), która jest zapewne najbardziej rozpoznawalnym z jego dzieł. A ja wspomnę o „Sztuce spadania”, gdzie Bagiński ukazał swój wyjątkowy styl i umiejętności. Trudno mówić o fabule, ważną rolę odgrywa tu interpretacja własna.Jak w każdym z jego dzieł.

Wyjątkową krótkometrażówką jest tez z pewnością „Zbrodnia i kara” Piotra Dumały, który wykorzystał nowatorską sztukę animacji, mianowicie tworzy swoje rysunki na płycie gipsowej, co nadaje jego dziełom unikatowy styl. Mnie na animacja urzekła bardzo, choć przyznaję, że trzeba bardzo dobrze poznać powieść Dostojewskiego (wcale nie wsadziłam tej pozycji tutaj z czystej sympatii…).

I grzechem skazującym mnie na dziewiąty krąg piekielny byłoby niewspomnienie o „Tango” stworzonego przez Zbigniewa Rybczyńskiego, za który to film reżyser ten zgarnął Oskara. Nic dziwnego. W prostej koncepcji animacji ludzi przewijających się przez pokój do rytmu tanga, Rybczyński pokazuje nam film o życiu. Każda postać ukazuje jakąś postawę społeczną. Ale to tylko jedna z możliwych interpretacji, warto doszukiwać się własnych.

Ale krótkometrażówki to nie tylko zagmatwane i wymagające interpretacji filmiki. To też po prostu przyjemne animacje, historyjki fabularne, których oglądanie sprawia nam przyjemność. I tak mamy tutaj niezawodnego Tima Burtona i jego „Vincenta”, który jest jednym z jego pierwszych filmów. Bardzo widoczny jest tutaj mroczny styl reżysera, groteskowość. Opowiada o marzeniach dziecięcych, ale trochę innych niż „chciałbym nowy rower”. Mianowicie chłopiec chciałby być jak Vincent Price, aktor kina grozy. Burton jak zwykle łączy makabryczność z humorem. Zresztą przekonajcie się sami:

Z innych animacji, wartą obejrzenia jest „Dama i śmierć” pana Javiera Recio Gracia. Przyjemna komedyjka o rzeczy mało zabawnej jaką jest umieranie. Otóż pewna babuszka pragnie umrzeć, a na drodze stają jej… lekarze. Zresztą sami zobaczcie:

Także i znane wytwórnie takie jak np. Disney wydają krótkometrażówki. I tak od wspomnianego Disneya mamy „Paperman” (nagrodzony Oskarem w 2013 r.), historyjkę miłosną w prawdziwym disnejowskim stylu. Czyli jest przyjemnie, ładnie graficznie i z happy-endem. Ciekawą animacją o miłości jest również „Invention of Love”Audreya Shushkova. To przede wszystkim pięknie wykreowany graficznie świat stworzony z przekładni i śrubek z cudownym podkładem muzycznym.

A teraz wkraczają do akcji te filmiki krótkometrażowe, które są dziwne. Tak po prostu. I wchodzą na psychikę, choć w pierwszym przypadku nie jest to aż tak mocne.

Pierwsza pozycja to „Odrzucone” Dona Hertzfeldta, czyli animacja o światku reklam i w sumie nie wiadomo czego dokładnie. Mnie bawi, choć zapewne nie do każdego trafi. Swego czasu robiło furorę na Youtubie.

Wejdźmy teraz w surrealizm.

Następna animacja spodoba się tym wszystkim, którzy lubią „Krainę Grzybów”, ale nie tylko. „Jak działa Jamniczek” (reż. Julian Józef Antoniusz, a właściwie Antoniszczak) to psychodeliczna pozycja, która opowiada… no właśnie o tym, co w tytule. Całą strukturę budowy jamniczka czyta pensjonariuszka domu starców z Krakowa. Brzmi to niepokojąco, ale zdecydowanie wciąga. Polecam.

A teraz jedna z moich ulubionych krótkometrażówek i od niej w ogóle zaczęłam doceniać krótsze formy filmowe. Wyobraźcie sobie film, do którego scenariusz pomagał tworzyć Salvador Dali. Całkowity surrealizm. Świetna porcja kina dla każdego, kto lubi pokręcone formy. Przed państwem „Pies andaluzyjski” (z 1929 r., reż. Luis Bunuel), klasyka kinematografii:

Oczywiście świat filmów krótkometrażowych jest przebogaty. Wymieniłam tylko ułamek z nich. Zachęcam do jego poznawania i odkrywania małych arcydzieł.

Wszystkie filmy wspomniane przeze mnie znajdują się na YT, więc nie ma problemu  z ich odnalezieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.