Tańcząca z uczniami

pf_1476436888

W życiu wszystko ma wytłumaczenie. Również tytuł tego wywiadu. Jest tajemniczy i intrygujący. Ale o nim trochę później. Bo po co znać znaczenie tytułu, skoro nie wiemy, z kim przeprowadzałem wywiad?

Doktor Zofia Bartecka – Prorok wyraziła swoją zgodę na krótką rozmowę, toteż teraz możecie przeczytać o naszej współpracy. Chciałem zapytać o kilka rzeczy z wielu powodów. Między innymi dlatego, że profesor Bartecka- Prorok ma interesujące życie zawodowe. Każdy, kto miał przyjemność uczestniczyć w lekcji prowadzoną przez tego nauczyciela, wie, że te czterdzieści pięć minut nie było tylko czytanie tekstu z podręcznika i “sucha” rozmowa na temat “co autor miał na myśli…” Jako uczeń Zofii Barteckiej – Prorok, mam przyjemność uczestniczyć na spotkaniach autorskich, które są przez nią prowadzone. Polonistka bardzo się angażuje i widać po niej, że “czuje się jak ryba w wodzie”. Tytuł jest aluzją do słynnej czynności, jaką jest taniec. Żeby tańczyć, muszą się starać obie strony. Profesor Bartecka bardzo pomaga swoim uczniom w trudnych walkach z olimpiadami i konkursami związanymi z naszym ojczystym językiem, co skutkuje wieloma osiągnięciami. A teraz zapraszam do przeczytania naszej rozmowy na temat języka polskiego i… nie tylko.

Szymon Jakieła (SzJ): Uczy Pani w szkole od kilkunastu lat. Jak pani wspomina czasy na studiach? Z czym się one Pani kojarzą?

Zofia Bartecka- Prorok (ZB): Studenckie czasy chyba wszystkim dobrze się kojarzą, bo to lata już pierwszej dorosłej swobody, a jeszcze młodzieńczej beztroski. Studiowałam polonistykę w Lublinie, na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Już wtedy był to dynamiczny ośrodek akademicki, bo zaraz obok miasteczka uniwersyteckiego był Katolicki Uniwersytet Lubelski, młodzież kontaktowała się ze sobą i przyjaźniła. Polityka nas nie różniła, ponieważ komunizm wtedy chwiał się już wyraźnie i wszyscy czekaliśmy na nowe realia, które rzeczywiście niebawem nadeszły. Były protesty studenckie, akcje na centralnych ulicach miasta… Moi studenccy przyjaciele byli bardzo aktywni politycznie, więc i ja przy nich czułam się jak romantyczna buntowniczka, rozdając ulotki… Ale to barwne epizody, natomiast studencka codzienność to zajęcia, wykłady, godziny w czytelni – jakoś nigdy się tam nie nudziliśmy, próby uczenia się do egzaminów w niedalekim Ogrodzie Saskim. Próby – dlatego, że wiosna, zielono, wszystkie ławki zajęte… Ale studia w moich wspomnieniach to przede wszystkim rozmowy, rozmowy, rozmowy… Na uczelnianych korytarzach, w parku, na ulicy, w akademikach i wynajmowanych pokojach – przy świecach i wermucie (okropnym!) nieraz do świtu. Rozmowy o wszystkim. W życiu się tak nie narozmawiałam !

SzJ: Czy od zawsze chciała Pani uczyć młodzież języka polskiego? Czy rozważała pani inne zawody związane z językiem polskim?

ZB: Uczyć literatury chciałam chyba od zawsze, ponieważ mądre rozmowy o mądrych dziełach to piękna sprawa, a tak sobie wyobrażałam bycie polonistką. I chociaż lubiłam pracę z dziećmi, którą zajmowałam się krótko po studiach, to wolałam uczyć młodzież właśnie ze względu na możliwość kontaktu z utworami Dostojewskiego, Orwella, Camusa. Kiedy zaczynałam pracę zawodową, ruch wydawniczy nie był tak rozwinięty jak teraz, więc umknęła mi praca redakcyjna, w której myślę, że dobrze bym się czuła. Coś z tych upodobań mi zostało, przynajmniej w zakresie pisania o pisaniu – lubię przygotowywać materiały na sesje naukowe, redagować wypowiedzi o charakterze krytycznoliterackim. Tym zajmowałam się w czasie studiów podyplomowych i doktoranckich. Teraz moją polonistyczną przygodą jest prowadzenie spotkań literackich. Miałam okazję poznać Olgę Tokarczuk, Manuelę Gretkowską, Ewę Lipską, Andrzeja Stasiuka i wielu innych ciekawych twórców. Więc polonistyka to nie tylko pani od dyktand.

SzJ: Czy studiowanie filologii polskiej jest trudne? Jaki materiał jest według Pani najtrudniejszy?

ZB: O studiach już trochę powiedziałam, lecz trzeba podkreślić, że polonistyka to tomy 
(i tony) lektur. Nawet jeśli kocha się czytać, to doba ma tylko 24 godziny. Nie to było jednak dla mnie najtrudniejsze. Nawet nie zaliczenia i egzaminy. Nie przepadałam za gramatyką historyczną, dialektologią (mimo że prowadzący zajęcia był świetny), a nawet – muszę się przyznać – za literaturą staropolską. Im bliżej współczesności – tym moja miłość do literatury rosła. I tak już zostało

SzJ: Co pani sądzi na temat wulgaryzmów? Czy kaleczą on nasz język?

ZB: Pytając o wulgaryzmy, poruszasz bardzo ważną sprawę. Coś niedobrego stało się z naszym językiem – spospolitował się, sprymitywizował. W mediach, w polityce stał się krzykliwy, nieelegancki. Nie chodzi mi o mówienie w każdej sytuacji literacką polszczyzną, bo to byłoby sztuczne, ale o docenienie znaczenia słowa. Powtarzam często, że słowo ma magiczną moc – może leczyć i kaleczyć. Dlatego słów trzeba używać rozważnie. Języka nie wolno zaśmiecać – bełkotem pustosłowia, uproszczeniami, niepotrzebnymi zapożyczeniami. Tym regułom podlegają też wulgaryzmy. I tu Cię pewnie zaskoczę, ponieważ myślę, że i one są potrzebne, jak komary czy bakterie. Skoro są… Dla kontrastu, dla ekspresji jako środek stylistyczny, ale nigdy, by zatuszować ubóstwo językowe, obrazić, coś wymusić… Nie mogą być formą językowej przemocy i znieważaniem ojczystej mowy, wtedy interweniuje prawo.

SzJ: Jakie błędy popełniane przez uczniów, nie tylko językowe, ale również mylenie treści lektur np. Antygona zabiła Alinę itd., panią jako polonistkę śmieszą, doprowadzają do łez?

ZB: Błędy są rzeczą ludzką, a więc i uczniowską. Niektóre rzeczywiście irytują, szczególnie te świadczące o nonszalanckim podejściu do przedmiotu. Na przykład kiedy uczeń – maturzysta myli imiona tak znanych autorów jak Kochanowski czy Krasicki, a przy powtórkowych sprawdzianach przekonuje, że klasycyzm był w architekturze, ale w literaturze nigdy i nauczyciele powinni o tym wiedzie! Na szczęście są też inne błędy – przede wszystkim stylistyczne, z których umiemy się razem śmiać i które są świetnym materiałem do ćwiczeń językowych. Na przykład “Zawód pisarza to ciężki kawałek chleba”, “Konrad jest wściekły”, “Jej złamane serce krwawiło w ciszy, nie znajdując ujścia “. “Słowo te nakreślił swym piórem – choć mógłby to być długopis, czy nawet ołówek – Milan Kundera” Takie błędy raczej wywołują uśmiech niż irytację

SzJ: Jakie książki Pani najbardziej lubi czytać? Czy odczuwa Pani sentyment do którejś?

ZB: Czytałam od zawsze i wszystko. Trochę bez ładu i składu. Co na półce było, co w ręce wpadło. Jakoś nikt tego nie kontrolował – i dobrze – do tego stopnia, że w szkole podstawowej do łez wzruszały mnie znalezione przypadkiem w bibliotece opowiadania o dzieciństwie… Lenina. Później byłam bardziej wymagająca… A poważnie… Zawsze i na nowo mogę czytać “Lalkę” i “Sto lat samotności”. Z literatury współczesnej – ile się tylko da. A nie daje się za dużo, bo czas…czas… Czekają na mnie ogromne “Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Kryminały obyczajowe – mroczne i mądre – szwedzkiego pisarza Henninga Mankella. Ich bohater komisarz Kurt Wallander to piękna literacka postać.

SzJ: Co Pani sądzi o ekranizacjach lektur? Czy w przyszłości uczniowie zamiast czytać książek, będą oglądali filmy na ich podstawie?

ZB: Pytasz o ekranizację lektur… Same w sobie są (bywają) interesujące, lecz utworów literackich nie zastąpią. To autonomiczne dzieła – mają swój język obrazu, muzyki, efektów specjalnych. Inaczej je odbieramy niż tekst i tak ma być. Wiem, że stają się “zamiennikami” lektur, jednak najlepiej jest przeczytać, a później obejrzeć. Nie odwrotnie i nie “zamiast”

SzJ: Jaki materiał związany z podstawą programową jest najtrudniejszy dla uczniów?

ZB: Czasami mam wrażenie, że dla ucznia wszystko może być “najtrudniejsze” – czytanie lektur, pisanie wypracowań, odpowiedź na lekcji. To zależy od osoby i indywidualnego podejścia do przedmiotu. Zwykle kłopot sprawia interpretacja wierszy, zarówno dawnych, jak i współczesnych. A taka interpretacja to jeden z tematów maturalnych, więc nie wolno jej lekceważyć. Nie mówiąc już o tym, że odrzucanie poezji zawsze jest jakąś stratą.

SzJ: A teraz mam takie pytanie, które odbiega od naszego tematu. Kiedyś idąc szkolnym korytarzem w pochmurny dzień, bez humoru, zobaczyłem profesor Bartecką. Była Pani bardzo szczęśliwa i uśmiechnięta. Od razu humor mi się poprawił na widok tak pozytywnej osoby. Skąd Pani czerpie energię i szczęście?

ZB: To bardzo miłe pytanie. Naprawdę byłam tak uśmiechnięta? No cóż, szczęście to kapryśny elfik i często znika. Energię zaś można łatwiej odszukać. Ja jej szukam w życzliwych ludziach, książkach, muzyce. Zawsze dużo radości i pozytywnego myślenia dają mi zwierzęta. Bo kto może być obojętny na radość psa, który wita nas, kiedy wracamy do domu? A mój pies jeszcze do tego się uśmiecha. Naprawdę. Albo kot, który mruczeniem wycisza jak najlepsza psychoterapia. I miejsce – brzozy, las, rzeka – za oknem. Trudno byłoby bez tych “źródeł dobrej energii” zmierzyć się z obowiązkami, których wszyscy przecież mamy bardzo dużo. Nauczyciele i uczniowie.

SzJ: Dziękuję bardzo za rozmowę!

ZB: Również dziękuję za rozmowę.

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.